piątek, 3 stycznia 2014

N.N.


**********
Rozszumiały się
zaglądały w okna
w dusze
zielonymi oczami
i płakały
liśćmi
jakby pojęły mowę ludzi
wierzby płaczące.

Gdyby tak rozgryźć
język tej zieleni
pojęlibyśmy
nicość
naszą.

Baba Jaga



„Jak Babcia Jagoda o Babci Jadzie  opowiadała”
Przed domkiem na kurzej łapce.
Babcia Jaga siedziała na ławce.
Dookoła domku, ni żywego ducha.
Tylko z komina biały dym buchał.

Przy babci tylko czarny kot siedzi.
I jednym okiem wróbelki śledzi.
Babcia wróbelkom chlebek kruszy.
Kot, choć jest godny, wróbli nie ruszy.

Bo kotek, tak ja babcia Jaga,
tylko pierniczki z domku zajada.
Mleczkiem popija i mruczy sobie,
– Krzywdy ja ptaszkom nigdy nie zrobię.

Babcia jest dumna ze swego kota,
Chociaż czasami zła jest na trzpiota.
Bo zamiast myszki gonić niecnota.
On jak szalony skacze po płotach.

To babcia krzyczy- nie skacz już trzpiocie,
bo mi połamiesz paluszki w płocie.
Bo płot z paluszków był zbudowany.
To chyba wiecie, moi kochani.

Z paluszków płotek, a dom z pierników.
Dym z cukrowej jest zaś waty.
No a dach tej słynnej chaty.
w batoniki, herbatniki jest bogaty.

W rzeczce, co się koło domu wije.
Nie zgadniecie, czekolada sobie płynie.
A na drzewach, emememsy rosną.
A jak kolorowo od nich bywa wiosną.

Babcia Jaga tych słodkości pilnuje.
I na ławce łakomczuchów wypatruje.
Jak się ktoś do domu babci zakrada.
To go babcia ofuknie - A fe! A nie wypada!

Dobrze, że takich chatek nie ma na świecie.
Czy wiecie kochane dzieci, dlaczego?
Bo że to wiecie jak nic daję głowę.
Tak! Bo słodycze nie są wcale zdrowe.






środa, 1 stycznia 2014

List.

A zamieszczę tu kawałek całości. Zamieszczę poddając ją Waszej opinii ...
Śmiało proszę o wypowiedź. Każdą chętnie, acz nie ukrywam z małym drżeniem przeczytam. 
Przecież wiemy, że krytyka jest wtedy dobra, jeśli to my krytykujemy, a nie nas  ;)

Liścik.



–Cześć Maju.
– Cześć Melu. Co tam słychować w wielkim świecie.
–Twój chyba troszkę większy i bardziej światowy. A w moim jakieś „wypominki” mnie naszły czy też raczej przypominki. Ten zimowy czas mnie tak nastraja czy co.
– A co się tobie wypo… czy też  przypominało, powiesz?
– A powiem, a jakże.

Życie bywa zaskakujące. Ludzie bywają zaskakujący a może raczej, potrafią zaskoczyć. Znałam kiedyś, nie no dalej znam, bo zabrzmiało jakby ten ktoś zmienił miejsce pobytu na ul. Niebową. Po prostu teraz rzadziej się komunikujemy, ale kiedy były to częstsze spotkania usłyszałam nie jedną zabawną historyjkę. Chociaż tak naprawdę nic śmiesznego nie było w tym, co doprowadziło do tej „scenki”, no, ale to już zupełnie inna historia i może nawet bardziej dla Ciebie „zawodowo”.
Daleko, daleko, za górą za rzeką, za rozległą równiną, głęboką doliną, gdzieś na końcu świata, gdzie wiatr bieg zawraca , stała sobie chatka… No już nie wzdychaj, znasz mnie, lubię wątków wiele. Blllll, wracam na tory.
Otóż ta przemiła niewiasta Władzia, miała męża i dwoje dzieci, dziewczynkę i chłopca. Dzieci rosły rosły, rosły pod okiem i skrzydłami opiekuńczej rodzicielki. Może nawet nadopiekuńczej. Nadopiekuńczość była tak wielka, że rozlała się przy okazji na osobistego męża. Rozlała się tak, że plama tego uczucia zalała i zatopiła wszelką pochodząca od wewnątrz chęć do zrobienia przez nich czegokolwiek ot tak. Dom należał do niewiasty. Dom i wszelkie obowiązki, śmiało mogłabym rzec wszystkie. I tak mijały dni, tygodnie, miesiące i lata… Niewiasta zalewała swą opieką domowników i zalewała. Aż pewnego dnia dopadła ją nieznana jej dotąd niemoc. Owładnęła nią w pewien zimowy dzień. Owładnęła od momentu, kiedy tylko postawiła swą nogę za próg domu. Panował w nim półmrok i chłód. Zaświeciła światło dom rozjaśniał, ale chłód nie zniknął. Dziś szczególnie przydałoby się ciepło, pomyślała. Autobusy „grzęzły” w zaspach. Wracała do domu na pieszo, zima tak dopiekła, że nie było, czym wracać z pracy, ciężkiej pracy. Rączki od wypchanej zakupami torby niemiłosiernie wżynały się w dłonie. Nie wiedziała czy w ogóle je dźwiga, mróz pozbawił ją czucia. Postawiła ciężary tuż przy progu i nie zdejmując ubrań weszła do środka. Cisza, ni żywej duszy. Pewnie mężuś poszedł, komu pomóc, pewnie córka w szkole, pewnie syn w pracy. Tak na pewno są zajęci pomyślała chyba bardziej po to, żeby nie poczuć zawodu, żeby nie stały się prawdą myśli, które od niedawna zaczęły jej biegać po głowie, że jest sama całym domu. Sama i wykorzystywana i, że ona osobiście na to pozwoliła.
Nie, nie, odgoniła natrętne myśli, na pewno są zajęci. Zaraz wszystko ogarnę, rozpalę w piecu, wstawię obiad… i z tą myślą powędrowała do drewutni. Niestety nie było ani drweka, ni draski do rozpalenia.
Tego już było zmęczonej kobiecie dość. Zeźlona do czerwoności zgarnęła najdłuższą deskę, jaką mogła udźwignąć i zataszczyła do domu. Zdjęła z pieca wszystkie fajerki zapakowała dechę tak, że wystawała do samiusich drzwi, tak, żeby wchodzącego mężusia czy synusia przywitała swym zasięgiem już od progu. Tadam! Potem rozebrała się i położyła pod kocami. Zdrzemnę się niech się dzieje, co chce. Nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. I nic dziwnego, koń też ma swoje granice wytrzymałości. Obojętne czy ten na sieczkę czy na oktany. Obudził ją hałas podniesionych głosów. Uniosła głowę a nad nią pochylał się jej ukochany synuś i czule zapytał.
– Mamo, źle się czujesz?
– Nie, czuję się dobrze. – Odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– A coś się stało? Ze strachem dalej pytał syn.
– A co się miało stać, leżę sobie.
– No właśnie. A obiad?
– O dziękuję, że się o mnie troszczysz, zjadłabym.
–, Ale ja się pytam czy będzie obiad?
– Ooo, a to nie ma???
– Nie ma.
– Niemożliwe, zajrzyj do garnków.
– Nie ma!
–, O co za licho. Jak to nie ma?! Przecież dzień w dzień jest! Zajrzyj raz jeszcze!
– Mamo, żadnego obiadu nie ma, przecież mówię!
– Chyba raczej krzyczysz. Więc przestań, bo sama jestem zdziwiona i zdenerwowana. Sprawdź, raz jeszcze. Nie ugotował się ???
–, Ale m ó w i ę, że nieee maaa! I cooo Tyyy, przecież się sam nie goootuuuje!
– Nooo coooś tyyyy obiad się sam nie gotuje?! A ja głupia, co dzień słyszę, że się sam gotuje. Ciągle to mówicie, oj nie narzekaj, nie narzekaj, co to za mecyje, przecież obiad się sam gotuje.
No to wróciłam dziś z pracy zmęczona, zmarznięta. Weszłam do pustego zimnego domu, położyłam się na kanapie, jak wy macie w zwyczaju i czekałam na to, aż się zacznie gotować i widzisz synuś przysnęło mi się. I wiesz, co śniłam piękny sen, śniłam dopóki ty swoim świdrującym wzrokiem mnie nie obudziłeś. I wiesz, co szkoda, że już nie śnię, bo było to naprawdę przyjemne.
A zresztą przecież napisałam do was karteczkę, wisi na korkowej tablicy przy kuchni, „Bar Stokrotka”. Tam gdzie składacie zamówienia na domowe obiadki. Nie czytaliście?
Kochanie włożyłam ci do pieca podpałkę, tą, co ją tak pięknie dla mojej wygody porąbałeś i poukładałeś na stosiki. Przyniosłam i włożyłam żebyś nie musiał chodzić w ten siarczysty mróz do drewutni. Wystarczy, że podpalisz zapałeczką i już ogień buchnie, aż miło. Rozpal, więc tylko, dasz radę, przecież to proste jak zawsze tłumaczysz, żadne mecyjom. A, o mało nie zapomniałam, postaw garnki na piecu, niech się obiad gotuje, żebyście głodni nie byli a i ja zjem z apetytem jak wstanę. Ja się położyłam, chyba nie będziesz miał za złe, że przed tobą. Władzia.

– Może chcesz wiedzieć o mi się śniło? Z chęcią opowiem....








czwartek, 26 grudnia 2013

Małe śmierci.



Dziś nie było umierania.
Życie zbudziło nowy dzień
Słychać to, kiedy ktoś ożył
i na schodach 6:15
tupotem ożywił ciszę grobową.
Za dużo by rzec 
- zmartwychwstał.
Prze to myślę – sen to takie małe śmierci.
Codzienne od trosk umieranie.
Takie małe zbawienia.


Prze to myślę, sen wieczny
ostatecznym musi być uwolnieniem.
Od codziennego umierania.
Może jednak 
od życia…


 








niedziela, 22 grudnia 2013

„Po tamtej stronie"


„Po tamtej stronie… stołu”


Biel obrusu
zalała stół
bezkresem morskiej toni
światło wigilijnej świecy
niczym morska latarnia
oświetliło porty
w których bezpiecznie zacumowały
naczynia
w jednym stoi woda
święcona
zebrana jak deszczówka
kropla po kropli
rok w rok
wieczór w wieczór
łza w łzę
kiedy łamię się opłatkiem
patrząc na puste miejsce
Ty
zacumowałaś
po tamtej stronie…
mamo.

 -Ewa V Maćkowiak-


Wiara.Nadzieja.Miłość.

 
Mówi się ostatnio, pisze, że teraz szybko, że płytko, że komercyjnie się porobiło. ...
Porobiło, to tak, jakby się obiad sam gotował. Otóż nie. Obiad się sam nie gotuje.
Tak więc reszta też należy i zależy od nas.
A piszę to dlatego, że właśnie dostaję dowody, że nie płytko i szybko i komercyjnie.
Że się ludzie zatrzymują, że się słuchają i dzielą.
Że owszem smutni, zmęczeni i z całym światem na głowie i barkach.
Ale jednak uważni. Uważni na drugiego człowieka.
I że nie prezent, ale okazana uwaga się liczy. Choć w prezentach nic złego nie widzę.
I że jeśli mówią proszę dając, to robią to szczerze.
I że jeśli usłyszą dziękuję, to większej zapłaty nie trzeba.
I że kiedy patrząc w oczy mówią przepraszam, wybacz, to jest to szczere.
I dla tego właśnie,
wiem, że zawsze, ale to zawsze  będzie zwyciężać
WIARA . NADZIEJA. MIŁOŚĆ.

Kiedy pierwsza Gwiazdka na niebie rozbłyśnie
To w tejże chwili gasną wszystkie waśnie
I kiedy pod dachem rozbrzmi głos kolędy
Właśnie tegoż Wieczoru od wieki wieków
Bóg się rodzi w sercu i w każdym człowieku.
-Ewa V Maćkowiak-.




Stop



nadałam życiu telegram
jestem tu
stop
przyślij sens
stop
potem zapałka
draska
zapachniało siarką
gazem 
pachniało już wcześniej
odnalazły się
pojaśniało
telegram nie dotarł
napis na pudełku
żałuję.  


Tak mnie natychają różne rzeczy. Dziś Sawickie. Tak  -ckie. 
Wpis na  portalu społecznościowym wpis   Moniki Sawickiej   
 ... ,,szukasz sensu w życiu? sama mu go nadaj,,...
i jakoś tak słowa napłynęły i mija minutka i wiersz jest. 
A, że lubię obrazy i czasem one mnie natychają, szukam pudełek z zapałkami 
i proszę, co znalazłam...
Jadwiga Sawicka.

Lubię takie chwile.