poniedziałek, 18 listopada 2013

Ego.



po cichu
na palcach
niepostrzeżenie
zakrada się
jak złodziej pod osłoną nocy
nacieka
rozprzestrzenia 
wrasta między komórkami
upośledza ich funkcję
ego
carcinoma
duszy.

środa, 13 listopada 2013

Wieloznczanki

Tak mi się te moje przygody ze słowem w różnoraki sposób ujawniają. Taka krówka na ten przykład, ciągutka, którą pożerałam wieczorową porą ( wiem nie powinnam, ale LUBIĘ) z krówką co mleko daje. Jedno słowo a znaczenia różne. Tak więc na tapetę poszła KRÓWKA.
A po niej ZEBRA i tak oto napisałam dwa wierszyki - Wieloznaczanki,
czyli jak to jest dziwacznie, że jedno słowo ma więcej znaczeń.
A jak już napisałam, to i domowe studio poszło w ruch ;)
Mikrofon ledwie żyw, ale jeszcze dyszy. Cóż, jak się nie ma co się lubi...to się lubi co się ma.
hmmm. może Mikołaj to przeczyta i sprawi taki mikrofon marzeń... kto wie...


niedziela, 10 listopada 2013

Regionalizmy łódzkie.

A oto trzeci z konkursowych wierszy.
 Tutaj użyłam regionalizmów łódzkich.


„Opowiastka o smaczkach językowych” .                             
                
Jak co wieczór, na krańcówce,
tam, gdzie każdy tramwaj po pracy spać chodzi.
W mieście, co z włókiennictwa słynie,
czyli po prostu w kochanej Łodzi.
Takie to oto słychać rozmowy:

- Panie „Jedynka”, czyś Pan gotowy?
- Och, jak co wieczór, na Pańskie mowy,
Panie „Szósteczko”. Jestem gotowy.

Dzisiaj na trasie, dajesz Pan wiarę,
znów podsłuchałem ja rozmów parę.
Mówi do wnusia staruszka babcia.
- A ty do szkoły to jedziesz w łapciach?
A na to wnuczek zaczął rwać włosy.
I krzyknął sobie w niebogłosy
-, Ależ ze mnie gapa!
I zaraz bystro, do domu prysnął.

Słuchaj drogi mój kolego.
Mówić tego nie wypada,
ale powiem trudna rada.
Na przystanku sobie stoję
i otwieram drzwiczek troje.
A tu kanar nagle wpada
Blady strach na wszystkich pada.
Kanar woła: bileciki do kontroli,
albo kara, jak kto woli.
A kto nie ma bilecika,
to migawkę bardzo proszę.
Gapowiczów ja nie znoszę.

Tego posłuchaj Panie „Jedynka”
o czym gadała pewna rodzinka,
co przyjechała w odwiedziny
do dość dawno nie widzianej cioci.
A ciocia z Miasta Łodzi pochodzi:
- Pewnie na obiad jest zalewajka.
- Ja bym tam wolał na brzuszku jajka.
- Albo wodziankę, bardzo ją lubię,
zjadam ją pierwszy i tym się chlubię.
- A może dziada, czy też prażoki.
- Chlebka z leberką, ach to marzenie,
ślinka mi leci na to wspomnienie.
- Ja bym wolała angielkę z mlekiem.
- A ja żulika zjem z apetytem.
Co byście zjedli ja się nie pytam.
Do swej rodzinki mamcia tak rzekła.
-, Po co wam waśnie i po co spory.
To wy kochani tego nie wiecie,
że tylko czarne najlepsze w świecie?
Na to ciocia im odpowiada:
- Och, moi mili, przecież wy wiecie,
co ugotuję, to z chęcią zjecie.
I taki będzie finał tej bajki…
Że nagotuję wam zalewajki.

Ale historie to niebywałe.
Konwersowały sobie tramwaje.

Panie „Jedynka” niech Pan posłucha,
co dzisiaj wpadło do mego ucha.
Na przystanku, tuż przy Parku Śledzia,
Antek bałuciarz sobie siedział.
Ekspres w spodniach miał otwarty
lecz o tym nie wiedział.
I spokojnie dalej siedział.
Potem wstał. A drugi bałuciarz,
też Antek, co na ławce obok siedział,
tak do niego rzecze:
- Ogarnij, że się człowiecze.
No i z sugestią na spodnie zerka, mówiąc doń:
- Ekspres w spodniach masz Pan otwarty.
Zapnij go Pan, to nie żarty!
Antek zerka (i myśli), kijowo. Ekspres jest odpięty.
Zakrył spodnie tytką. Wziął kulosy za pas
i pobiegł, czym prędzej,
na skuśkę przez chęchy.
Po schódkach Antek wbiegł
i by pozbyć się swych trosk,
biedak schował się za kiosk.
Siedzi i przy ekspresie grzebie,
myśląc - Co to za badziewie.

Panie „Szóstko” te powiastki,
niebywałe, powiem szczerze.
Lecz w historie ja te wierzę.
Sam słyszałem to i owo. Niech Pan słucha.
Słowo w słowo prawdą będzie.
Siedział sobie w czwartym rzędzie
pewien „mość pan”, niech tak będzie.
Gdy już byłem na zakręcie
i wjeżdżałem już na Zdrowie
to on, zdanie takie powie:
- Halo Panie tramwajowy, do podróży Pan gotowy?
- Mam już wino, śpiewnik, no to jadziem do Łagiewnik.
Czyś Pan Panie ”Szóstko” słyszał, kiedy takie mowy?
Takie słowa? Aż mnie od nich nosi,
śnupa mu się proszę Pana (myślę sobie) o coś prosi.


To historia, proszę Pana.
Śmiać się będę, aż do rana.
Pan” Jedynka „na to powie.
Po czym prychnął, zdrowo kichnął.
-Apsik!
- Na zdrowie.
- Dziękuję.
- Na zdrowie, to 9 do końca.
I tak śmiali się do rana,
gdy nadeszła pierwsza zmiana
i ruszyli ludzi wozić
po kochanym Mieście Łodzi.
  
- Ewa V Maćkowiak-

Kotek, obraz i pociąg”



Na warsztacie z pierwszym warsztacie literackim w ramach projektu "Ludzki język łódzki,  
 który prowadziła autorka wielu książek między innymi dla dzieci Pani Grażyna Bąkiewicz 

Jednym z zadań, które robiliśmy na spotkaniu było polecenie, napisz tekst w którym użyjesz słów - kot- obraz - pociąg. 
I tak na bazie tych słów, powstał wiersz. I też brał udział w konkursie. A co !


Kotek, obraz i pociąg”  
   
Raz się kotek w łódzkim muzeum
pociągowi na obrazie przyglądał.
I aż miauknął głośno z zachwytu.
Do tej pory przecież nie wiedział,
jak taki pociąg wyglądał.
Obraz długi był na trzy ściany.
Bo to był pociąg, lokomotywa raczej,
z wiersza poety Tuwima słyszany.
A ten przecież z wielu wagonów
wszystkim dobrze jest już znany.
Siedzi, więc przed tym obrazem kotek.
Z zachwytu pyszczek swój otwiera.
Główką kręci, oczkami po obrazie wodzi.
Myśli sobie nasz koteczek:
takie cuda widzę tu w Muzeum Łodzi.
I widział koteczek tysiąc atletów.
I każdy z nich jadł tysiąc kotletów.
I widział, jak palacz węgiel w zbiornik sypie.
Siedzi dalej kotek i oczkami łypie.
I pomyślał sobie: cóż to jest za strata,
że tego nie widzi ni mama, ni tata.
Że w jednym z wagonów jest
Wielka armata,
Że stoły,
Że niedźwiedź,
Żyrafy
I słoń,
Że świnki tuczone,
I krowy,
I koń.
Że w jednym siedzą samiuśkie grubasy.
Siedzą i jedzą tłuściutkie kiełbasy.
Że w innym wagonie jest pełno bananów.
W następnym zaś stoi sześć fortepianów.
Aż w głowie od tego kotkowi się kręci.
Na inne obrazy też nabrała kot chęci.
Teraz się jednak do domu wybierze.
Choć zostałby tutaj,
- powiem wam to szczerze.   
                       


 -Ewa V Maćkowiak- 



W Muzeum Miasta Łodzi


Ogromne to dla mnie to wyróżnienie, to wyróżnienie.
Dziwnie brzmi, to już 'biegnę' wyjaśnić. 
W sierpniu brałam udział w warsztatach w Muzeum Miasta Łodzi 
 "Ludzki język łódzki". 
Wysłałam na konkurs trzy wiersze. 
I cieszy mnie to, że zostały zauważone i dostały dyplom.
Tym bardziej, że do konkursu przystąpiło osiemdziesiąt dwie osoby.
Na podium nie stanęłam, cóż, ale jak tu się nie cieszyć z Dyplomu.
Poniżej przedstawiam całą trójkę.  Ale patrząc na długość, 
to chyba jednak rozmieszczę je w oddzielnych postach.

             „Jak Wena pomogła tajemnicę wyjaśnić” .                       

Panie Julianie, Panie Tuwimie.
Niech na mnie Pana Wena spłynie.
Ja jestem tu na ziemi w potrzebie.
A Panu pewnie zbędna jest w niebie.

Ach Pani Wena. Tak. Jest tu i odpoczywa.
Ale przybędzie, bo jest życzliwa.
Już ją wysłałem i bardzo proszę
z Weną wyjaśnić, jedną historię.

Dziękuję Panu niesłychanie.
Wykonam z Weną to zadanie.
O co Pan prosił, tak się też stanie.
Zabieram się, więc za wyjaśnianie…

Szedł Grześ
przez wieś,
jak bajkowa niesie wieść.
Idzie, idzie,
piasek gubi.
Może chodzić sobie lubi?
We wsi ludzie
już gadają:
„Czy ten Jasio nie jest głupi?”
 Czemu worka
nie załata,
tylko z dziurą w worku lata?
Od wieczora
aż do rana
droga piachem zasypana.
Być nie może,
nie do wiary.
Pyta Grzesia Pan Hilary:
„Czy Pan nosisz okulary?”
Na te słowa
Grzesiu rzecze:
„Okularów ja nie noszę.”
Pan Hilary
się nastroszył:
„To pan zacznij! Bardzo proszę!”
Piachu więcej już nie zniosę!
Dziadek z babcią
i ich wnuczek,
co ciągnęli z ziemi rzepkę.
I psiak Mruczek,
co ją ciągnął,
z babcią, dziadkiem na doczepkę,
wnet rzucili
swe zajęcie,
głośno krzycząc:
-, Co Pan chodzisz tak zawzięcie?!
Znajdź Pan inne już zajęcie!
Babcia
i jej kurka,
Zwariowana Złotopiórka,
co razem leciały
po niebie w aeroplanie,
krzyknęły z góry:
„Grzesiu kochany,
niechże się Grześ zlituje, o rany!
Niechże się Grześ
wreszcie obejrzy.
Niechże wreszcie Grzesiu stanie,
bo się piasek
sypie z worka
przez całą wieś za panem.”
Na to wszystko
Tralalona -
Tralalińskiego żona - rzecze:
„Ja to myślę,
i powiem szczerze,
i chociaż sama w to nie wierzę,
lecz słyszałam
taką wieść,
że on krąży w tę, z powrotem,
 by mógł coś
po drodze zjeść:
jabłko, śliwkę, słodki groszek.
Skubnie Grzesiu
gdzieś przy płocie.
Szedł Grześ
przez wieś,
jak bajkowa niesie wieść.
Macie rację,
piasek gubi.
Ale Grześ to bardzo lubi.
No i wcale
nie jest głupi.
No i worka nie załata.
Będzie latał,
tak, jak lata.
Od wieczora aż do rana.
Okularów
też nie kupi.
I chodzenia nie porzuci.
Plotki także
dzielnie zniesie
Wiecie, co się dzieje z Grzesiem?
Nie?
 To wam powiem,
bardzo proszę.
Tajemnicy już nie zniosę.
Ani chwilki,
ani krztyny,
Posłuchajcie, więc nowiny.
Krąży biedak
W tę, z powrotem,
bo przechadza się pod płotem
pewnej panny,
Samochwały Zosi,
co to w Łodzi sobie mieszka.
Na wakacje
tu przyjeżdża.
Babcię, dziadka swych odwiedza.
Ot, o Grzesiu
cała wiedza,
Bo Grześ w Zosi zakochany.
Krąży wokół
domu panny.
Lubej swojej wypatruje.
O laboga!
Na me rany!
Grzesiu w Zosi zakochany?
Ale heca!
To ci wieści!
To się w głowie mam nie mieści.
Taka to historia, ot.
Wstyd to wielki.
Powiem wam,
teraz już tę wiedzę mam.
Nie należy
(za nic w świecie)
sądzić innych tak pochopnie.
Potem czuć się
tak okropnie.
Nim za głupca kogoś bierzesz,
pierwej pomyśl.
Powiem szczerze,
bo (jak pewnie wszyscy wiecie)
dla miłości
człek jest gotów
różne dziwy zrobić przecież.

Już nie dziwi Ciebie teraz,
że co gubi, to znów zbiera?


Panie Tuwimie. Panie Julianie.
Czy wypełniałam swoje zadanie?
Ach, wypełniła Pani zadanie.
Niechże się, więc tak też stanie,
że Wena z Panią na zawsze zostanie.
Pani tam na ziemi jest w potrzebie.
Mnie tu nie trzeba Weny jest w niebie.
Niech Pani teraz sławę przynosi.
Bo Pani talent o to się prosi.

Dziękuję Panu niesłychanie.
Z Weną już nigdy się nie rozstanę.
  
 -Ewa V Maćkowiak-